Noc Muzeów we Wrocławiu, czyli Dobra Nocka z dzieckiem

Już pojutrze, w sobotę osiemnastego maja, przypada Europejska Noc Muzeów. Jak co roku większość instytucji kulturalnych - muzea, galerie, domy kultury i tym podobne, otwierają swoje podwoje dla zwiedzających za darmo. Wielkie święto sztuki trwać będzie do późnych godzin nocnych. 

Warto tego dnia zdecydować się na dołączenie do tłumów oblegających miasto przede wszystkim ze względu na wydarzenia specjalne organizowane w wielu miejscach. 

Już od kilku lat możemy również obserwować coraz liczniejsze warsztaty i dedykowane oprowadzania nakierowane na najmłodszych. Jest to wspaniała inicjatywa pokazująca, że również dzieci mogą aktywnie uczestniczyć w życiu kulturalnym miasta i w dodatku doskonale się przy tym bawić.

Większość tego typu wydarzeń przeznaczona jest dla nieco starszych dzieci, od około 6 r.ż., ale także dla młodszych znajdzie się wiele atrakcji. Oferta jest na tyle bogata, że aby wybrać coś dla nas musiałam się nieźle nagłowić, podzwonić w kilka miejsc i spisać na kartce wszystkie opcje dla mojej trzylatki.


Poniżej przedstawiam wam nasz bardzo bogaty (w moim mniemaniu) plan, który oczywiście ulegać będzie modyfikacjom pod wpływem naszych sił i chęci :)

1. Dzień zaczniemy o godzinie 11:00 od warsztatów w Barbarze prowadzonych przez @Tekturowo, które akurat zostały włączone do obchodów Międzynarodowego Biennale Sztuki Mediów WRO, a nie do Nocy Muzeów. O tych warsztatach szerzej pisałam wam tutaj.

2. W Galerii Piecownia na Nadodrzu obejrzymy wystawę prac z ceramiki oraz weźmiemy udział pomiędzy godziną 15:00 a 20:00 w warsztatach ceramicznych.

2. Między godziną 17:00 a 18:00 w Muzeum Etnograficznym zapoznamy się z dawnymi instrumentami i wykonamy muzyczną tubę oraz wielką grzechotkę.

4. Nie może nas również zabraknąć w Muzeum Współczesnym Wrocław na wystawie interaktywnej "Obrazośnienie", gdzie między godziną 16:00 a 24:00 na dzieci czekają magnetyczne elementy, z których będą mogły ułożyć własne senne wyobrażenia!

Zrezygnowałam z wieczornego oprowadzania w Muzeum Narodowym, którego zwieńczeniem będzie puszczanie chińskich lampionów. Poza tym ogromną ilość ciekawych aktywności proponuje Akademia Sztuk Pięknych.
Jednak starałam się realnie mierzyć siły mojej córy i chciałabym wstać następnego ranka na komunię świętą mojej chrześnicy ;)

Dla tych, którzy jeszcze się nie zdecydowali co chcą robić w tym dniu ze swoimi pociechami podrzucam link do rozpiski wszystkich wydarzeń w ramach Dobrej Nocki.

Z kim się widzimy? :)





Co podarować na Dzień Dziecka?

Już niedługo przypada święto najmłodszych i tych trochę starszych (też uważacie, że i wam należy się podarunek? ;)). Wielu osobom problem prezentu spędza sen z powiek, szczególnie tym, którzy własnych dzieci nie mają i nie "siedzą" w tematyce zabawek.

Dlatego dzisiaj podrzucam wam trochę pomysłów na to, co można podarować dzieciom w tym szczególnym dniu i na każdą inną okazję.

Wszystkie poniższe propozycje są przez nas przetestowane - albo mamy je w domu albo Lusia mogła się nimi pobawić przy okazji jakiegoś wyjścia. W związku z tym celuję głównie w dzieci 3-4 lata, ale jak sami się przekonacie wiele spośród wymienionych rzeczy będzie świetna również dla starszych dzieci, a kilka będzie się również nadawać dla nieco młodszych.


Do 50 złotych




1. Latarka, na przykład taka od Melissa and Doug w kształcie świetlika. Wyzwala w dzieciach odkrywców i detektywów, pozwala na zabawy z cieniem, czytanie książek pod kołdrą, przydaje się w wyprawie pod namiot czy przy budowaniu bazy z koców. Ilość zastosowań nieskończona :)

2. Gra Potworne porządki wydawnictwa Nasza Księgarnia jest przeznaczona dla dzieci już od 2 r.ż.! Jest zabawna, łatwa w obsłudze i pomaga oswajać nocne strachy. Świetna jako jedna z pierwszych gier planszowych.

3. W Ikea dostaniecie wspaniały zestaw zabawkowych garnków. Wyglądają jak prawdziwe, ale świetnie nadają się do małych rączek. Do zabawy w domu i do robienia błotnej zupy w terenie.

4. Czuczu to cudowna polska marka, która tworzy produkty piękne, trwałe i przede wszystkim edukacyjne. Dzieci poprzez zabawę zdobywają wiedzę, a my nie musimy się martwić o puste portfele, bo ceny są bardzo przystępne. My mamy między innymi taką mapę ze zwierzątkami i spędzamy przy niej mnóstwo czasu, a w tym roku marzą mi się jeszcze duuuże puzzle z ciałem człowieka :)

5. Przybijanki rozwijają małą motorykę i wyobraźnię. Dzieci uczą się także ostrożności ;) Ponadto są niezmiernie dumne, że mogą się bawić narzędziami. Goki to kolejna firma, która skradła nasze serca i w zestawieniu znajdzie się od nich kilka propozycji.

6. Album do suszenia roślin pozwala na zachowanie wspomnień wiosennego spaceru, jesiennej wyprawy do lasu czy letnich zabaw na łące. Umożliwia też stworzenie własnego zielnika i kreowania pięknych obrazków za pomocą ususzonych kwiatów i liści.

7. Szczudła uczą równowagi i pozwalają na świetną zabawę zarówno na dworze jak i w domu. My mamy takie w kształcie tygrysich łapek.

8. Ktoś pamięta kultową grę w pchełki? Angażują całą rodzinę i są idealne na bardzo drobniutki prezent - zamiast lizaka ;)

9. Jak już ususzymy rośliny zróbmy zielnik! A może taki wyjątkowy jak od Łukasza Skopa? Mnóstwo oryginalnych pomysłów i nietypowych zastosowań roślin zapewnią zabawę na wiele godzin!

10. Kreda jest nieodłącznym towarzyszem podwórkowych zabaw, a ta w 48 kolorach od Crayola to prawdziwy hit! Miękka, łatwo się nią rysuje i pozostawia intensywne kolory, a równocześnie jest niepyląca i łatwo zmywalna. Ze względu na swoją "miękkość" dość szybko się zużywa, ale tyle kolorów i tak wystarcza na długo! Kosztuje nieco powyżej 50 zł, ale na limango można upolować taniej. Jest też tańsza wersja w 24 kolorach :)

Do 100 złotych



1. Stuka Puka to jest moja wielka miłość! Przepiękne, staranne wykonanie. Drewniane puzzle i zabawki, które posłużą przez lata i ogromna wiedza przekazana w formie doskonałej zabawy. Lusia je uwielbia i mam nadzieję stopniowo powiększać naszą kolekcję, no bo przecież jak mogłabym przejść obojętnie obok ich pięknej kury? ;) W tym zestawieniu "Co z drzewa spadło" - liście i owoce drzew wraz podpisami. Na prezent możecie poprosić o wygrawerowanie imienia!

2. Gra Dobble to fenomen! Zabawa dla dzieci i rodziców. Wypróbowane przez nas na wyjeździe i absolutny must have na nadchodzące wakacje! My wybierzemy wodoodporną wersję doskonałą do zabawy na plaży, która jest nieco droższa. Pozostałe rodzaje mieszczą się w przedziale do 50 złotych :)

3. Kolejną grą wypróbowaną i w kolejce do zakupienia jest BrainBox - Bajki. Seria zawiera różne warianty, ale Bajki przeznaczone są dla najmłodszych graczy. Teoretycznie zalecenia wiekowe są od 6 lat, ale zapewniam was, że Lusia grała i świetnie sobie radziła. Na czym to polega? Dostajecie obrazek i klepsydra odmierza wam czas, który macie, aby go jak najdokładniej zapamiętać. Później rzucacie kością i otrzymujecie pytanie dotyczące tego co przed chwilą oglądaliście. Super szybkie do wytłumaczenia, ćwiczące pamięć i pozwalające na wiele godzin gry. A wiecie co lubię najbardziej? Nie nudzi rodzica!  ;)

4. Słomki konstrukcyjne Bamp dają nieograniczone pole do popisu. Rozwijają wyobraźnię przestrzenną, ćwiczą umiejętności konstruowania i logicznego myślenia, a także łączą pokolenia - nie mogłam się od nich oderwać! Dostępne są w różnych ilościach w pudełku.

5. Klocki wrocławskiej marki Linden tak wciągnęły Lusię i Marcina, że ledwo udało mi się ich namówić do powrotu do domu. Jest to droga zabawka, ale podstawowa wersja 100 klocków kosztuje nieco poniżej 100 złotych, a drewniane elementy przetrwają długo (może wasze dzieci przekażą je swoim dzieciom? ;)) Poza tym jako wrocławianka mam sentyment ;)

6. Cymbałki były wielkim marzeniem mojej córki i zgodziłam się żeby dostała je od babci. Teraz z upodobaniem urządza koncerty. Pamiętajcie tylko żeby zapytać rodziców o zgodę - nie wszyscy są tak wyrozumiali w kwestii hałasu jak ja ;) Są dostępne zarówno w droższych jak i tańszych wersjach.

7. Memo jest uniwersalną grą znaną większości osób. Co powiecie na takie cudnie malowane od Goki?

8. Każdy mały podróżnik marzy o własnym plecaczku, do którego może schować chusteczki, przekąskę i ulubioną maskotkę :) Te od Skip hop mają przepiękne zwierzęce wzory i są zaopatrzone w smyczkę z tyłu. Czy się to komuś podoba czy nie, przy tak ruchliwym dziecku jak Lusia wśród wielkiego tłumu lub przy bardzo ruchliwej ulicy - bardzo przydatna! My mamy pszczółkę, a co powiecie na liska?

9. Ciastolina cieszy się niesłabnącą miłością wszystkich znanych mi dzieci. Jest łatwiejsza do ugniatania niż plastelina i nie pozostawia tłustych plam. Ta od Play-doh w dodatku ładnie pachnie. Taki wypasiony zestaw zadowoli każdego marudnego malucha :)

10. Propozycja na prezent i dla rodziców i dla dzieci, coś zupełnie z innej beczki, bo nie do zabawy. Wiele osób rezygnuje z wypraw do lasu ze względu na zagrożenie kleszczami. Ja też boję się powikłań po ukąszeniu tego małego szkodnika dlatego w tym roku, przed wyjazdem pod namiot zaopatrzymy się w Tickless Baby. To niewielkie urządzenie emituje impulsy ultradźwiękowe, które uniemożliwiają kleszczom namierzenie ofiary. Można stosować od 1 dnia życia!


Powyżej 100 złotych


1. Kamienie rzeczne marki Gonge można łatwo umyć i wykorzystywać zarówno w domu jak i na dworze. Ćwiczą koordynację i po prostu pozwalają na świetną zabawę.

2. W okresie wiosenno - letnim dzieci spędzają najwięcej czasu na dworze. Warto zaopatrzyć je w zestaw małego ogrodnika, który pozwoli im przyłączyć się do prac ogrodowych i wyhodować własne rośliny :) Marka Janod ma  w swojej ofercie piękną, zieloną wersję narzędzi dla najmłodszych.

3. Przepiękne, kolorowe klocki Goki zaopatrzone są w  niebieskie, czerwone i żółte okienka. Drewniana obudowa umożliwia tworzenie stabilnych konstrukcji, które można podświetlać i oglądać w kolorze na przykład na ścianie. Poza tym dzięki temu, że okienka są przeźroczyste dzieci mogą uczyć się mieszania barw - chociażby nakładając  na siebie klocek żółty i niebieski uzyskają kolor zielony. A jak pięknie wygląda świat oglądany przez takie kolorowe okienko!

4. Dla tych, którzy cenią sobie dobry, polski design polecam kręgle marki Wooden Story. Tworzone w Beskidach mają w sobie elegancję zabawek służących przez lata.

5. Jedną z rzeczy, która Lusi wcale się nie nudzi jest hulajnoga. My mamy tę marki Scoot and Ride i bardzo ją sobie chwalimy! Bezpieczna i widoczna z daleka jest świetna na pierwszą przygodę z samodzielnym jeżdżeniem.

6. A może krykiet? Zestaw od Plan Toys ma kule z podobiznami zwierząt i jest wykonany w całości z drewna kauczukowego.

7. Znacie doświadczenie Leonarda da Vinci z mostem zbudowanym z patyczków? Można je łatwo przeprowadzić w domu z patyczków po lodach (musicie ich wcześniej zjeść kilkadziesiąt :)), ale o ile zabawniej będzie to zrobić przy pomocy kolorowego zestawu Grimm's.

8. Maluch zaczął chadzać na nocowanki? A może w podróż nie chcecie brać ze sobą łóżeczka turystycznego lub po prostu chcecie dziecku zorganizować miłą przestrzeń na drzemki w ciągu dnia? Doskonale nadadzą się do tego śpiworki Kidspace. Miękkie i zabawne na pewno zachwycą każdego obdarowanego. 

9. Miłośnikom balansowania i akrobacji można podarowań niesamowitych Braci Akrobatów firmy Londji. Ta wykonana w Barcelonie zabawka ma piękny design i uczy zręczności i cierpliwości.

10. A na koniec coś dla małych odkrywców, którzy czasem chcą się schronić przed wiatrem na plaży, a czasem stworzyć błyskawiczną bazę na polanie - namiot plażowy. Chroni od słońca i wiatru i łatwo się przenosi.

Jestem również wielką miłośniczką książek dla dzieci. Jeśli nie wiadomo co podarować to dobra książka zawsze będzie dobrym pomysłem. Jest w tej chwili tak szeroki wybór przepięknych pozycji dla najmłodszych, że należy im się osobny post, a może nawet kilka ;)

I pamiętajcie - najcenniejszy jest czas, który spędzacie z dzieckiem. Możecie w ramach upominku zabrać je do zoo, teatru lub kina, a nawet na spacer do parku i lody. Jestem pewna, że jeśli nie są to wasze dzieci, to ich rodzice też bardzo docenią taką pomoc ;)



Budapeszt z dzieckiem - czy warto?

Podróże są moją wielką miłością, którą zaraziłam męża i mam nadzieję rozprzestrzenić tego bakcyla na całą rodzinę. Kiedy byłam mała jeździłam z rodzicami po całej Polsce. Mawiali, że najpierw muszę dobrze poznać swój kraj, a potem wyjeżdżać poza jego granice. 
Na pewno miały na to wpływ również ograniczone możliwości, bo kto w latach osiemdziesiątych zwiedzał na przykład Azję? Pomimo to w pełni się z nimi zgadzam i też bardzo mi zależy żeby moje dzieci poznały Polskę wzdłuż i wszerz. Jednak równocześnie dzięki wspaniałym możliwością, które oferują nasze czasy, postanowiliśmy zabierać maluchy też do innych krajów. 

Po co, skoro można szkraba rzucić na plażę w Dąbkach i mieć względny spokój?

Nie zrozumcie mnie źle - sama jeździłam z Lusią nad polskie morze i bardzo to lubię. Chciałabym tylko zastanowić się nad korzyściami, które może nam przynieść zabieranie dzieci za granicę nawet jeśli jest to nieco bardziej skomplikowane. 
Plusów jest moim zdaniem bardzo wiele, ale na chwilę obecną najważniejsze jest dla mnie uświadomienie moich pociech o istnieniu innych kultur i nauczenia do nich szacunku, pokazania jak ważna jest nauka języków oraz wzbudzenie zainteresowania geografią. No bo jak łatwiej uczyć się o istnieniu granic, niż po prostu je przekraczając?

Trzydniowy wyjazd do Budapesztu był spontaniczną decyzją. Pewnego dnia dostałam mail z najnowszymi połączeniami kolejowymi z Wrocławia, i oto on - Budapeszt, na pierwszym miejscu. Szybka wiadomość do Marcina "Popatrz, jedziemy?", po chwili odpowiedź: "Jesteś szalona, pewnie, że jedziemy!". 

I  tak  właśnie zaczął się pierwszy zagraniczny wyjazd dla całej naszej czteroosobowej rodziny :)

Wydawało mi się, że wybór PKP Inercity jest genialnym pomysłem. Trasa nocna z miejscami do spania, brak zmęczenia prowadzeniem samochodu, dzieci mogą jeść i się załatwiać w trakcie jazdy, a Lusia pierwszy raz doświadczy podróży pociągiem (Remika jeszcze nie liczę jako świadomego podróżnika ;)) - same plusy. 
W dodatku zdecydowaliśmy się na jedną z najdroższych opcji czyli przedział dwuosobowy (dzieci do 4 r.ż., które śpią z rodzicami jadą za darmo), dzięki czemu nie martwiliśmy się, że maluchy będą komuś przeszkadzać (lub ktoś maluchom). 

Prawda, że brzmi cudownie? 


Byłam w Chinach i Japonii, zwiedziłam ogromną ilość europejskich krajów, że o Polsce nie wspomnę, a to była najbardziej KOSZMARNA podróż w historii!

Najpierw 95 minut opóźnienia, a pociąg miał odjechać o 22:50, więc możecie sobie wyobrazić w jakim stanie była Łucja (Remik spał u mnie w chuście i nic sobie z tego nie robił). 
Teraz najlepsze - kiedy pociąg w końcu przyjechał....nie było wszystkich wagonów!
Powiedziano nam, że mamy dojechać do Bohumina (jestem  geograficzną ignorantką, moją reakcją było "że gdzie przepraszam??") i tam mają podstawić nasz wagon. Wiązało się to z jazdą przez 2 godziny i wysiadaniem z pociągu z dziećmi i całym majdanem w środku nocy. I tak mieliśmy szczęście - na te dwie godziny umieszczono nas w przedziale sypialnianym. Inni podróżni tyle szczęścia nie mieli.
W Bohuminie wysiedliśmy (Luśka płacz, bo znowu pobudka) i wagony dołączono, jak najbardziej, ale naszego nadal ani widu ani słychu. 
Wpakowaliśmy się więc do najbliższego jadącego do Budapesztu (część wagonów jechała do Wiednia) żeby nie utknąć na stacji w środku niczego. Tam spotkaliśmy opryskliwą Polkę, która łaskawie przyniosła nam prześcieradło i upchnęła do sześcioosobowego przedziału. Nie było w nim innych podróżnych, więc machnęliśmy ręką i poszliśmy spać. A za chwilę "państwa wagon podstawiono, ja nie będę za was płacić, proszę się przenieść".
Marcin musiał z pięć razy obrócić żeby wszystkie rzeczy zabrać i na koniec mnie z dziećmi przeprowadzić przez kilka wagonów, w tym część całkowicie zaciemnionych, w trakcie jazdy pociągu. O piątej nad ranem wylądowaliśmy w swoim przedziale, całkowicie wyczerpani.



Gdyby ktoś z was, mimo wszystko, pragnął odbyć podobną podróż odsyłam do Warunków przewozu, które niestety bardzo ciężko zlokalizować na stronie internetowej kolei.

Rano obudziliśmy się w dużo lepszych humorach, w końcu gorzej być nie może, a nas czeka przygoda. 
W związku z tym kiedy kazano nam wysiąść na innej stacji w Budapeszcie, niż ta widniejąca na naszych biletach, zaśmialiśmy się tylko losowi w twarz. Podowcipkowaliśmy z innymi Polakami, że jazda rodem z kultowego Misia i dzięki Google Maps skierowaliśmy się do miejsca noclegowego.



Rezerwowaliśmy pobyt przez Booking.com i tym razem się nie zawiedliśmy. Mieszkanie w centrum, obok przystanek tramwajowy i autobusowy, ogromne, jasne i ze wszystkim co było nam potrzebne, a na dokładkę piękny widok z balkonu i miły właściciel.
Tak nam tam było dobrze i tak byliśmy zmęczeni, że na miasto ruszyliśmy dopiero po około dwóch godzinach, po drzemce.




Nie chciałabym przeprowadzać was przez wszystkie zabytki w Budapeszcie, które widzieliśmy i które warto odwiedzić, bo to znajdziecie w każdym przewodniku.

Zależy mi na pokazaniu wam kilku miejsc, które nas szczególnie urzekły i które doskonale sprawdzą się przy zwiedzaniu z dziećmi.

Co trzeba zobaczyć? Wszystko na co macie ochotę! To wy znacie swoje brzdące i wiecie ile są w stanie wytrzymać i co je szczególnie zainteresuje. Nie zakładajcie też z góry, że nic nie przyciągnie ich uwagi - na pewno znajdą dla siebie coś ciekawego.

My zaryzykowaliśmy z wejściem do Parlamentu. Przy moim ostatnim pobycie w tym mieście nie udało mi się go zobaczyć w środku, a widząc zdjęcia w internecie wiedziałam, że jest to coś czego nie możemy przegapić.
Była to doskonała decyzja! Parlament zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz zapiera dech w piersiach. Byliśmy jedynymi osobami z dziećmi. Pisząc "dzieci" mam tu na myśli jakiekolwiek osobniki wyglądające na mniej niż szesnaście lat. Prawdopodobnie dlatego byliśmy traktowani szczególnie uprzejmie. Ponadto wszyscy dostają słuchawki do uszu, więc na krzyki naszych maluchów inni zwiedzający reagowali tylko "och, jakie słodkie dzieci" zamiast posyłania groźnych spojrzeń.
Wózek musieliśmy zostawić w szatni, więc Remik został przeze mnie wtachany po schodach w chuście.
Wejście koniecznie zarezerwujcie sobie jeszcze z Polski, ponieważ na miejscu możecie nie dostać już biletów. Na daną godzinę wchodzi z góry określona ilość ludzi, a zainteresowanie jest ogromne.
My zdecydowaliśmy się na kupienie wiązanego pakietu u pośrednika - zwiedzanie Parlamentu i rejs statkiem po Dunaju. Dzięki temu ktoś odebrał za nas bilety w kasie i wręczył nam już w kolejce do wejścia.
Pamiętajcie, że aby wejść do Parlamentu musicie przejść przez kontrolę, więc scyzoryki i tym podobne zostawcie w domu.
Aktualne ceny i dostępne godziny zwiedzania znajdziecie tutaj.











Zaraz po wyjściu z Parlamentu udaliśmy się na rejs statkiem i jest to świetna atrakcja dla dzieci. Rejs trwa około godziny. Zobaczymy miasto z perspektywy wody, a młodsi mogą wybiegać się na górnym pokładzie. Dostępne jest też jedzenie i picie, ale nie jest to najtańsze miejsce. 
Wiem, że jest też możliwość kupienia przejazdu autobusem typu "hop on hop off", który w pewnym momencie wjeżdża do wody! To dopiero muszą być emocje :)








Kolejny punkt zwiedzania to Wzgórze Zamkowe, które w całości jest wpisane na listę UNESCO. 
Ze Wzgórza Zamkowego rozciągają się piękne widoki na miasto, a na jego szczyt można wjechać kolejką Siklo zbudowaną w 1870 roku. Oryginalna kolejka ucierpiała podczas II wojny światowej i ta jeżdżąca obecnie pochodzi z 1986 roku. Jednak nie martwcie się - jest dokładną rekonstrukcją oryginału i prawdziwą gratką dla najmłodszych. 
Godziny funkcjonowania możecie sprawdzić tutaj.
Uwaga - drzwi są za małe żeby zmieścić się z wózkiem!





Kiedy już znajdziecie się na wzgórzu warto zobaczyć zmianę warty (moja trzyletnia córka była pod wrażeniem maszerujących strażników).

Przyznam, że sam zamek nie zrobił na mnie dużego wrażenia, choć jest to na pewno kwestia gustu. Natomiast kawałek spacerkiem od zamku, znajdują się dwa znane zabytki, które warto obejrzeć przynajmniej z zewnątrz: Kościół Macieja i Baszta Rybacka.
Patrząc na Kościół Macieja przyjrzyjcie się z maluchami fantazyjnym rzygaczom (tak, tak, jest to piękna nazwa na dekoracyjne zakończenie rynny dachowej ;)) i dajcie im zadanie - wypatrzenie czarnego kruka, symbolu Macieja Korwina. Ptak znajduje się na szczycie jednej z wieżyczek.




Baszta Rybacka pobudzi wyobraźnię niejednego małego rycerza i księżniczki :) Wejście na górną część jest płatna, ale na dole mieści się kilka kawiarni z widokiem na miasto i jest to świetna opcja na chwilę odpoczynku.




Kiedy skręcicie z prawej strony Baszty i pójdziecie kawałek ścieżką mijając toalety, znajdziecie prawdziwy raj dla dzieci - plac zabaw. Jednak nie jest to taki zwykły plac zabaw. Cały stylizowany jest na zamkowe dziedzińce. Są tam "kamienne" mury, baszty i armaty oraz na prawdę bardzo przyjemny wybór przyrządów do zabaw.







Muszę powiedzieć, że miasto włożyło duże pieniądze w renowację placów zabaw i są one najbardziej niezwykłymi tego typu miejscami, które miałam okazję widzieć.
Na tym węgierskim blogu znajdziecie dużo zdjęć wraz z lokalizacją konkretnych obiektów. I jeszcze kilka tutaj ;)

Dla dzieciaków bardzo ciekawą częścią miasta jest Varosliget czyli Lasek Miejski. 
Jest tu tyle atrakcji, że można spokojnie spędzić tu cały dzień, na co my niestety nie mieliśmy czasu, bo dotarliśmy do niego tuż przed zmrokiem. 
Wspaniałe Zoo, w którym znów czekają na nas piękne tematyczne place zabaw, kawiarnie i restauracje, staw, po którym można pływać rowerami wodnymi, cyrk, małe wesołe miasteczko i zamek Vajdahunyad. 





Na terenie znajdują się też słynne termy Széchenyi. Musicie sobie jednak zdawać sprawę, że w wodach termalnych dzieci mogą przebywać maksymalnie 15 minut, więc trzeba to brać pod uwagę idąc do takiego miejsca. Teoretycznie dostępne są zwykłe baseny, ale przed wejściem z najmłodszymi warto zapytać jaka panuje w nich temperatura wody.

Żeby dostać się do parku najlepiej pojechać metrem i wysiąść na przystanku Hosok tere. Hosok tere, czyli Plac Bohaterów, jest największym i najważniejszym placem w Budapeszcie. Przy placu znajdują się muzea, a w jego centrum jest umieszczony imponujący Pomnik Tysiąclecia.






Jeśli już o pomnikach mowa to w Budapeszcie jest ich wiele i okazało się, że dla Lusi stanowiły ogromną atrakcję. Wdrapywała się wszędzie gdzie mogła, rozmawiała z  przedstawionymi na nich postaciami i odgrywała scenki :D










Teraz kilka słów o jedzeniu. 

Niestety nie trafiliśmy na wiele restauracji przyjaznych dzieciom, czyli takich z kącikiem dla najmłodszych i specjalnymi krzesełkami. Tak na prawdę widzieliśmy tylko dwie: Zeller Bistro i Ecke 22
Do pierwszej nie udało nam się wejść, jest na tyle popularna, że wymaga wcześniejszej rezerwacji. Jest to raczej droższa restauracja, ale wyglądała na prawdę zachęcająco i ma ładny kącik dla dzieci. 
Druga znajduje się w pobliżu Hosok tere. Trzeba zejść po schodach do piwnicy, ale opłaca się. Porcje ogromne (nie byliśmy w stanie ukończyć dania dla dwóch osób), jedzenie smaczne i jest kącik dla dzieci. Co prawda schowany za lodówką, dookoła rozwieszone płaszcze, a zabawki fantazyjnie wrzucone do jednej skrzynki, ale zajął Lusię na ponad godzinę ;)
Prawdopodobnie jest więcej miejsc przystosowanych dla dzieci, ale my na nie nie trafiliśmy.

Wspaniałą kawiarnię rodem z filmu Czekolada wyszukał dla mnie Marcin. Brakowało tylko Johnnego Deppa, ale jak się ma takiego fajnego męża to po co on komu ;) Aztek Choxolat jest prawdziwą perełką!
Piękne pralinki zdobią ladę, a od wejścia unosi się zapach czekolady. Tej pitnej możemy spróbować w wielu wariantach, także z chilli!
Prawdziwym hitem są stoliki, które na środku mają wgłębienie wypełnione kredą. Wasze pociechy mogą tworzyć na blacie kredowe dzieła popijając czekoladę z bitą śmietaną. Czy to nie brzmi jak cudowny sen? :)
Lokal jest malutki i aby go znaleźć trzeba wejść w bramę, ale Google Maps nas doprowadziły bezbłędnie.




Ostatni dzień naszego pobytu przypadał w niedzielę i dzięki temu załapaliśmy się na fenomenalne pożegnalne śniadanie. W Szimpla Kert co tydzień jest organizowany targ połączony ze śniadaniem "płacisz raz, jesz ile chcesz". 
Śniadanie kosztuje 5000 HUF za osobę (około 65 zł) i można wracać i pałaszować ile razy się chce w godzinach od 9 do 14. Pan z obsługi powiedział, że możemy brać ze sobą tyle ile damy radę unieść, więc można się zaopatrzyć również na dalsze zwiedzanie! Dzieci do 6 r.ż. jedzą za darmo, a do 12 r.ż. za pół ceny.
Nie zdziwcie się jeśli koło waszego stolika przespaceruje rzesza turystów robiących zdjęcia. Szimpla Kert jest bowiem pierwszym powstałym spośród tak zwanych ruinpubs. Są to bary założone w zrujnowanych kamienicach, głównie w dzielnicy żydowskiej. Kamienice stały opuszczone i niszczały przez wiele lat, aż zaczęto zamieniać je na puby. Nabywców zachęcał tani czynsz.
Wystrój jest niesamowity i o ile wieczorem raczej z dziećmi się tam nie wybierzemy, to poranny posiłek jest świetnym pretekstem do odwiedzenia tego miejsca.
Więcej o ruinpubs poczytacie tutaj.


















No i oczywiście będąc w Budapeszcie nie można odmówić dziecku kurtosz kołacza! Trafiliśmy na wiosenny festiwal i na każdym rogu czekały na nas budki z ogromną wersją tego przysmaku. Mniam!





No więc - czy było warto? Oczywiście! Zawsze warto zobaczyć coś nowego i przeżyć kolejną przygodę :) Ogrom poświęconej uwagi i wiedzy, którą Marcin przekazał Lusi na tym wyjeździe jest bezcenny <3

Do podróży z dziećmi trzeba się tylko nieco dokładniej przygotować niż do dorosłych eskapad - również psychicznie. Musicie być wyluzowani i przygotowani na to, że nie zobaczycie tyle co będąc sami. Dzieci potrzebują co jakiś czas możliwości rozładowania nadmiaru energii, a kiedy indziej chwili wyciszenia.
Pamiętajcie też o zabraniu kilku zabawek, które zapewnią wam trochę spokoju w restauracji czy kolejce po bilet. Dobrym pomysłem jest też własny plecaczek dla malucha. Lusia miała swój i była bardzo dumna, że ma to samo co rodzice :) Włóżcie do niego zabawkę, przekąskę, chusteczki i w drogę!



Na koniec UWAGA - Budapeszt jest niestety całkowicie niedostosowany do wózków!! Większość stacji metra nie ma wind (znaleźliśmy tylko jedną przy Dworcu Głównym), a budynki są zabytkowymi kamienicami i praktycznie wszędzie do wnętrz prowadzi przynajmniej kilka schodków. Więc jeśli macie malutkie dzieci to polecam chustę lub nosidło. Ja zakładałam, że przyda się tylko do wjazdu kolejką, a ostatecznie wszędzie zabieraliśmy Remika w ten sposób.



Przemieszczaliśmy się głównie metrem i tramwajem. Zaraz po przyjeździe kupiliśmy bilet na 72h na cały transport miejski i moim zdaniem to była bardzo dobra decyzja.



Wiecie co jest najlepsze? Łucja od powrotu nieustannie dopytuje "Mamo, kiedy znowu pojedziemy pociągiem?"...



Śledź nas na Instagramie!

Copyright © Zabawy Lotty