Mały Odkrywca Przyrody

Zdaje się, że w dzisiejszych czasach nasza wiedza zaszła już tak daleko, że nikomu nie trzeba tłumaczyć pozytywnego wpływu kontaktu z naturą na dzieci i dorosłych.
Dlatego nie będę w tym miejscu przytaczała wypowiedzi naukowców i psychologów, aby przekonać was o konieczności wychodzenia z domu. 

Myślę, że szczególnie ostatnio, kiedy z konieczności spędzamy więcej czasu w czterech ścianach, wszyscy zaczęli jeszcze bardziej doceniać możliwość przebywania wśród zieleni i wykorzystują każdą okazję, aby wyjechać za miasto lub pójść do parku.

Za każdym razem kiedy jestem z dziećmi na dworze zdumiewa mnie ich zachwyt małymi rzeczami. Pretekstem do świętowania jest spotkanie żuka na ścieżce, a koncert żab w stawie zapiera dech w piersiach. Czy to nie wspaniałe?

Wykorzystajmy tę ciekawość świata, aby nauczyć dzieci uważności, pogłębić wiedzę o przyrodzie i naszym otoczeniu  oraz otworzyć się na świat wszystkimi zmysłami!

Wiem też, że są maluchy, które trzeba nieco zmotywować do postawienia kolejnego kroku na leśnej ścieżce. Mam nadzieję, że aktywność, którą dzisiaj proponuję, ułatwi to zadanie wielu rodzicom.

Proponuję stworzyć własny "Dziennik Odkrywcy Przyrody". 



Taki dziennik dziecko może zabierać ze sobą na wycieczki za miasto, ale również na spacer przy domu. My swój uzupełniałyśmy zarówno w lesie, Arboretum Leśnym im. prof. Stefana Białoboka w Stradomii, jak i na pobliskim skwerku. 
Jest on też świetną zabawą dla dzieci w różnym wieku, sama chętnie przyłączałam się do niektórych zabaw ;)

Ponieważ wiem, że nie każdy ma czas i pomysły do stworzenia zadań w podobnym zeszycie, zamieszczam do pobrania ten, który sama zrobiłam. 

Będę zachwycona jeśli się wam przyda. Z przyjemnością zobaczę jak uzupełniliście swoje dzienniki, koniecznie oznaczajcie mnie w postach!

Dziennik po wydrukowaniu należy pociąć i przykleić poszczególne zadania na kartkach kupnego lub własnoręcznie przygotowanego zeszytu. 

Ja nasz zrobiłam w formie harmonijki z kartek brystolu, ale możecie też po prostu wykorzystać kartki z bloku technicznego, w których zrobicie dziurkaczem otwory i zwiążecie na grzbiecie sznurkiem lub tasiemką.

Dodatkowo przydadzą się:

- kolorowe kredki (najlepiej suche pastele lub kredki świecowe),
- wata,
- trochę cienkiej bibuły,
- nożyczki,
- klej,
- taśma do wklejania prac do zeszytu, my użyłyśmy washi tape.

Zawsze też zabieramy ze sobą lupę, aby Łucja mogła się bliżej przyjrzeć listkom, robaczkom czy innym skarbom ;)













































Tak zabawa wyglądała u nas. Teraz wasza kolej! :)




Małe Wro w ramach Biennale Sztuki Mediów Wro

W tym roku Wrocławskie Biennale Sztuki Mediów obchodzą trzydziestą rocznicę! Jest to wydarzenie odbywające się co dwa lata i mające na celu przybliżenie odbiorcom sztuki współczesnej. Tematem tegorocznej edycji jest CZYNNIK LUDZKI/HUMAN ASPECT. W ramach wystaw przyjrzymy się relacjom człowieka i technologii, krytycznym okiem ocenimy je w perspektywie ostatnich 30 lat i zastanowimy się nad ich wpływem na nas w nadchodzącym czasie.

Po raz kolejny organizatorzy zadbali również o najmłodszych i w ramach Małego Wro w miejscach wystaw znajdziemy specjalny przewodnik napisany przez rodziców i ich dzieci. Zapoznamy się oczami dzieci z piętnastoma dziełami w ramach tegorocznej edycji Biennale oraz z piętnastoma instalacjami z poprzednich lat. Przewodnik nie tylko wskaże nam co bardziej interesujące miejsca do odwiedzenia, ale także podpowie w jaki sposób możemy rozmawiać z najmłodszymi o sztuce.

Koniecznie sprawdźcie kalendarz wydarzeń, ponieważ  w różnych miejscach odbywają się także ciekawe warsztaty dla najmłodszych.


Sztuka współczesna z jednej strony przez wiele osób jest niezrozumiana i omijana szerokim łukiem, a z drugiej jest doskonała do rozpoczęcia przygody muzealnej z małymi dziećmi. 

Dlaczego? Ponieważ często wykorzystuje różnorodne media, nieraz wchodzi w interakcje z widzem i pozostawia szerokie pole do interpretacji. To wszystko sprawia, że dla najmłodszych może być ciekawsza niż często łatwiejsza w odbiorze sztuka dawna. Doskonałym przykładem mogą być właśnie wystawy w ramach Biennale, które nie mają nic wspólnego z długimi, monotonnymi korytarzami wypełnionymi obrazami. 

Dzieci, nie mając jeszcze narzuconych społecznych ram "co powinno się podobać", podchodzą do sztuki świeżo i szczerze. Dostrzegają rzeczy dla nas niezauważalne i wprost mówią jeśli coś im się zwyczajnie nie podoba. 

Jakież było moje zdziwienie, kiedy Łucja zaczęła przeglądać jeden z moich albumów z reprodukcjami słynnych dzieł i na moje pytanie "który obraz najbardziej ci się podoba" wskazała przedstawienie Maryi z Jezusem. Nie zwierzątka, domki czy mitologiczne stwory tylko obraz religijny. Na moje pytanie "dlaczego?" uzyskałam odpowiedź "bo tu jest dziecko, a ja lubię dzieci" :D Proste? Proste! I po co się czegoś więcej doszukiwać?

Z tegorocznego Biennale na razie udało nam się odwiedzić wystawę w Pawilonie Czterech Kopuł, czyli część współczesną Muzeum Narodowego.

Poniżej znajdziecie relację fotograficzną. Nie będę wam opowiadać o konkretnych instalacjach - na miejscu wszystko jest dokładnie opisane, a i tak ostateczny odbiór zależy od was. 

Wspomnę tylko, że Lusi najbardziej przypadł do gustu robot-zwierzę, który reaguje na dźwięk i ruch, instalacja wyświetlająca obrazy z rzutnika, która znajduje się za ciemną kotarą (zauważyłam, że wiele osób ją omijało, nie orientując się, że w ogóle tam jest - my musimy wszędzie wściubić nos i was zachęcam do tego samego ;)) oraz przekaz z kosmosu w holu głównym - ciągle przyjmowała zlecenia na kolejne zadania od kosmitów :D

Wzięłyśmy także udział w warsztatach odbywających się w Barbarze z @tekturowo. O poprzednich zajęciach z cyklu pisałam wam tutaj. Tym razem zajęcia odbyły się pod patronatem Biennale Wro i dotyczyły robotów. Z kartonów, sznurków i kolorowego papieru dzieci tworzyły własne roboty lub same zamieniały się w maszyny. Dodatkową atrakcją było użycie farb fluorescencyjnych, które dały niesamowity efekt. Jak zwykle doskonale się bawiłyśmy!


















A tu kilka zdjęć z warsztatów.










Noc Muzeów we Wrocławiu, czyli Dobra Nocka z dzieckiem

Już pojutrze, w sobotę osiemnastego maja, przypada Europejska Noc Muzeów. Jak co roku większość instytucji kulturalnych - muzea, galerie, domy kultury i tym podobne, otwierają swoje podwoje dla zwiedzających za darmo. Wielkie święto sztuki trwać będzie do późnych godzin nocnych. 

Warto tego dnia zdecydować się na dołączenie do tłumów oblegających miasto przede wszystkim ze względu na wydarzenia specjalne organizowane w wielu miejscach. 

Już od kilku lat możemy również obserwować coraz liczniejsze warsztaty i dedykowane oprowadzania nakierowane na najmłodszych. Jest to wspaniała inicjatywa pokazująca, że również dzieci mogą aktywnie uczestniczyć w życiu kulturalnym miasta i w dodatku doskonale się przy tym bawić.

Większość tego typu wydarzeń przeznaczona jest dla nieco starszych dzieci, od około 6 r.ż., ale także dla młodszych znajdzie się wiele atrakcji. Oferta jest na tyle bogata, że aby wybrać coś dla nas musiałam się nieźle nagłowić, podzwonić w kilka miejsc i spisać na kartce wszystkie opcje dla mojej trzylatki.


Poniżej przedstawiam wam nasz bardzo bogaty (w moim mniemaniu) plan, który oczywiście ulegać będzie modyfikacjom pod wpływem naszych sił i chęci :)

1. Dzień zaczniemy o godzinie 11:00 od warsztatów w Barbarze prowadzonych przez @Tekturowo, które akurat zostały włączone do obchodów Międzynarodowego Biennale Sztuki Mediów WRO, a nie do Nocy Muzeów. O tych warsztatach szerzej pisałam wam tutaj.

2. W Galerii Piecownia na Nadodrzu obejrzymy wystawę prac z ceramiki oraz weźmiemy udział pomiędzy godziną 15:00 a 20:00 w warsztatach ceramicznych.

2. Między godziną 17:00 a 18:00 w Muzeum Etnograficznym zapoznamy się z dawnymi instrumentami i wykonamy muzyczną tubę oraz wielką grzechotkę.

4. Nie może nas również zabraknąć w Muzeum Współczesnym Wrocław na wystawie interaktywnej "Obrazośnienie", gdzie między godziną 16:00 a 24:00 na dzieci czekają magnetyczne elementy, z których będą mogły ułożyć własne senne wyobrażenia!

Zrezygnowałam z wieczornego oprowadzania w Muzeum Narodowym, którego zwieńczeniem będzie puszczanie chińskich lampionów. Poza tym ogromną ilość ciekawych aktywności proponuje Akademia Sztuk Pięknych.
Jednak starałam się realnie mierzyć siły mojej córy i chciałabym wstać następnego ranka na komunię świętą mojej chrześnicy ;)

Dla tych, którzy jeszcze się nie zdecydowali co chcą robić w tym dniu ze swoimi pociechami podrzucam link do rozpiski wszystkich wydarzeń w ramach Dobrej Nocki.

Z kim się widzimy? :)





Budapeszt z dzieckiem - czy warto?

Podróże są moją wielką miłością, którą zaraziłam męża i mam nadzieję rozprzestrzenić tego bakcyla na całą rodzinę. Kiedy byłam mała jeździłam z rodzicami po całej Polsce. Mawiali, że najpierw muszę dobrze poznać swój kraj, a potem wyjeżdżać poza jego granice. 
Na pewno miały na to wpływ również ograniczone możliwości, bo kto w latach osiemdziesiątych zwiedzał na przykład Azję? Pomimo to w pełni się z nimi zgadzam i też bardzo mi zależy żeby moje dzieci poznały Polskę wzdłuż i wszerz. Jednak równocześnie dzięki wspaniałym możliwością, które oferują nasze czasy, postanowiliśmy zabierać maluchy też do innych krajów. 

Po co, skoro można szkraba rzucić na plażę w Dąbkach i mieć względny spokój?

Nie zrozumcie mnie źle - sama jeździłam z Lusią nad polskie morze i bardzo to lubię. Chciałabym tylko zastanowić się nad korzyściami, które może nam przynieść zabieranie dzieci za granicę nawet jeśli jest to nieco bardziej skomplikowane. 
Plusów jest moim zdaniem bardzo wiele, ale na chwilę obecną najważniejsze jest dla mnie uświadomienie moich pociech o istnieniu innych kultur i nauczenia do nich szacunku, pokazania jak ważna jest nauka języków oraz wzbudzenie zainteresowania geografią. No bo jak łatwiej uczyć się o istnieniu granic, niż po prostu je przekraczając?

Trzydniowy wyjazd do Budapesztu był spontaniczną decyzją. Pewnego dnia dostałam mail z najnowszymi połączeniami kolejowymi z Wrocławia, i oto on - Budapeszt, na pierwszym miejscu. Szybka wiadomość do Marcina "Popatrz, jedziemy?", po chwili odpowiedź: "Jesteś szalona, pewnie, że jedziemy!". 

I  tak  właśnie zaczął się pierwszy zagraniczny wyjazd dla całej naszej czteroosobowej rodziny :)

Wydawało mi się, że wybór PKP Inercity jest genialnym pomysłem. Trasa nocna z miejscami do spania, brak zmęczenia prowadzeniem samochodu, dzieci mogą jeść i się załatwiać w trakcie jazdy, a Lusia pierwszy raz doświadczy podróży pociągiem (Remika jeszcze nie liczę jako świadomego podróżnika ;)) - same plusy. 
W dodatku zdecydowaliśmy się na jedną z najdroższych opcji czyli przedział dwuosobowy (dzieci do 4 r.ż., które śpią z rodzicami jadą za darmo), dzięki czemu nie martwiliśmy się, że maluchy będą komuś przeszkadzać (lub ktoś maluchom). 

Prawda, że brzmi cudownie? 


Byłam w Chinach i Japonii, zwiedziłam ogromną ilość europejskich krajów, że o Polsce nie wspomnę, a to była najbardziej KOSZMARNA podróż w historii!

Najpierw 95 minut opóźnienia, a pociąg miał odjechać o 22:50, więc możecie sobie wyobrazić w jakim stanie była Łucja (Remik spał u mnie w chuście i nic sobie z tego nie robił). 
Teraz najlepsze - kiedy pociąg w końcu przyjechał....nie było wszystkich wagonów!
Powiedziano nam, że mamy dojechać do Bohumina (jestem  geograficzną ignorantką, moją reakcją było "że gdzie przepraszam??") i tam mają podstawić nasz wagon. Wiązało się to z jazdą przez 2 godziny i wysiadaniem z pociągu z dziećmi i całym majdanem w środku nocy. I tak mieliśmy szczęście - na te dwie godziny umieszczono nas w przedziale sypialnianym. Inni podróżni tyle szczęścia nie mieli.
W Bohuminie wysiedliśmy (Luśka płacz, bo znowu pobudka) i wagony dołączono, jak najbardziej, ale naszego nadal ani widu ani słychu. 
Wpakowaliśmy się więc do najbliższego jadącego do Budapesztu (część wagonów jechała do Wiednia) żeby nie utknąć na stacji w środku niczego. Tam spotkaliśmy opryskliwą Polkę, która łaskawie przyniosła nam prześcieradło i upchnęła do sześcioosobowego przedziału. Nie było w nim innych podróżnych, więc machnęliśmy ręką i poszliśmy spać. A za chwilę "państwa wagon podstawiono, ja nie będę za was płacić, proszę się przenieść".
Marcin musiał z pięć razy obrócić żeby wszystkie rzeczy zabrać i na koniec mnie z dziećmi przeprowadzić przez kilka wagonów, w tym część całkowicie zaciemnionych, w trakcie jazdy pociągu. O piątej nad ranem wylądowaliśmy w swoim przedziale, całkowicie wyczerpani.



Gdyby ktoś z was, mimo wszystko, pragnął odbyć podobną podróż odsyłam do Warunków przewozu, które niestety bardzo ciężko zlokalizować na stronie internetowej kolei.

Rano obudziliśmy się w dużo lepszych humorach, w końcu gorzej być nie może, a nas czeka przygoda. 
W związku z tym kiedy kazano nam wysiąść na innej stacji w Budapeszcie, niż ta widniejąca na naszych biletach, zaśmialiśmy się tylko losowi w twarz. Podowcipkowaliśmy z innymi Polakami, że jazda rodem z kultowego Misia i dzięki Google Maps skierowaliśmy się do miejsca noclegowego.



Rezerwowaliśmy pobyt przez Booking.com i tym razem się nie zawiedliśmy. Mieszkanie w centrum, obok przystanek tramwajowy i autobusowy, ogromne, jasne i ze wszystkim co było nam potrzebne, a na dokładkę piękny widok z balkonu i miły właściciel.
Tak nam tam było dobrze i tak byliśmy zmęczeni, że na miasto ruszyliśmy dopiero po około dwóch godzinach, po drzemce.




Nie chciałabym przeprowadzać was przez wszystkie zabytki w Budapeszcie, które widzieliśmy i które warto odwiedzić, bo to znajdziecie w każdym przewodniku.

Zależy mi na pokazaniu wam kilku miejsc, które nas szczególnie urzekły i które doskonale sprawdzą się przy zwiedzaniu z dziećmi.

Co trzeba zobaczyć? Wszystko na co macie ochotę! To wy znacie swoje brzdące i wiecie ile są w stanie wytrzymać i co je szczególnie zainteresuje. Nie zakładajcie też z góry, że nic nie przyciągnie ich uwagi - na pewno znajdą dla siebie coś ciekawego.

My zaryzykowaliśmy z wejściem do Parlamentu. Przy moim ostatnim pobycie w tym mieście nie udało mi się go zobaczyć w środku, a widząc zdjęcia w internecie wiedziałam, że jest to coś czego nie możemy przegapić.
Była to doskonała decyzja! Parlament zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz zapiera dech w piersiach. Byliśmy jedynymi osobami z dziećmi. Pisząc "dzieci" mam tu na myśli jakiekolwiek osobniki wyglądające na mniej niż szesnaście lat. Prawdopodobnie dlatego byliśmy traktowani szczególnie uprzejmie. Ponadto wszyscy dostają słuchawki do uszu, więc na krzyki naszych maluchów inni zwiedzający reagowali tylko "och, jakie słodkie dzieci" zamiast posyłania groźnych spojrzeń.
Wózek musieliśmy zostawić w szatni, więc Remik został przeze mnie wtachany po schodach w chuście.
Wejście koniecznie zarezerwujcie sobie jeszcze z Polski, ponieważ na miejscu możecie nie dostać już biletów. Na daną godzinę wchodzi z góry określona ilość ludzi, a zainteresowanie jest ogromne.
My zdecydowaliśmy się na kupienie wiązanego pakietu u pośrednika - zwiedzanie Parlamentu i rejs statkiem po Dunaju. Dzięki temu ktoś odebrał za nas bilety w kasie i wręczył nam już w kolejce do wejścia.
Pamiętajcie, że aby wejść do Parlamentu musicie przejść przez kontrolę, więc scyzoryki i tym podobne zostawcie w domu.
Aktualne ceny i dostępne godziny zwiedzania znajdziecie tutaj.











Zaraz po wyjściu z Parlamentu udaliśmy się na rejs statkiem i jest to świetna atrakcja dla dzieci. Rejs trwa około godziny. Zobaczymy miasto z perspektywy wody, a młodsi mogą wybiegać się na górnym pokładzie. Dostępne jest też jedzenie i picie, ale nie jest to najtańsze miejsce. 
Wiem, że jest też możliwość kupienia przejazdu autobusem typu "hop on hop off", który w pewnym momencie wjeżdża do wody! To dopiero muszą być emocje :)








Kolejny punkt zwiedzania to Wzgórze Zamkowe, które w całości jest wpisane na listę UNESCO. 
Ze Wzgórza Zamkowego rozciągają się piękne widoki na miasto, a na jego szczyt można wjechać kolejką Siklo zbudowaną w 1870 roku. Oryginalna kolejka ucierpiała podczas II wojny światowej i ta jeżdżąca obecnie pochodzi z 1986 roku. Jednak nie martwcie się - jest dokładną rekonstrukcją oryginału i prawdziwą gratką dla najmłodszych. 
Godziny funkcjonowania możecie sprawdzić tutaj.
Uwaga - drzwi są za małe żeby zmieścić się z wózkiem!





Kiedy już znajdziecie się na wzgórzu warto zobaczyć zmianę warty (moja trzyletnia córka była pod wrażeniem maszerujących strażników).

Przyznam, że sam zamek nie zrobił na mnie dużego wrażenia, choć jest to na pewno kwestia gustu. Natomiast kawałek spacerkiem od zamku, znajdują się dwa znane zabytki, które warto obejrzeć przynajmniej z zewnątrz: Kościół Macieja i Baszta Rybacka.
Patrząc na Kościół Macieja przyjrzyjcie się z maluchami fantazyjnym rzygaczom (tak, tak, jest to piękna nazwa na dekoracyjne zakończenie rynny dachowej ;)) i dajcie im zadanie - wypatrzenie czarnego kruka, symbolu Macieja Korwina. Ptak znajduje się na szczycie jednej z wieżyczek.




Baszta Rybacka pobudzi wyobraźnię niejednego małego rycerza i księżniczki :) Wejście na górną część jest płatna, ale na dole mieści się kilka kawiarni z widokiem na miasto i jest to świetna opcja na chwilę odpoczynku.




Kiedy skręcicie z prawej strony Baszty i pójdziecie kawałek ścieżką mijając toalety, znajdziecie prawdziwy raj dla dzieci - plac zabaw. Jednak nie jest to taki zwykły plac zabaw. Cały stylizowany jest na zamkowe dziedzińce. Są tam "kamienne" mury, baszty i armaty oraz na prawdę bardzo przyjemny wybór przyrządów do zabaw.







Muszę powiedzieć, że miasto włożyło duże pieniądze w renowację placów zabaw i są one najbardziej niezwykłymi tego typu miejscami, które miałam okazję widzieć.
Na tym węgierskim blogu znajdziecie dużo zdjęć wraz z lokalizacją konkretnych obiektów. I jeszcze kilka tutaj ;)

Dla dzieciaków bardzo ciekawą częścią miasta jest Varosliget czyli Lasek Miejski. 
Jest tu tyle atrakcji, że można spokojnie spędzić tu cały dzień, na co my niestety nie mieliśmy czasu, bo dotarliśmy do niego tuż przed zmrokiem. 
Wspaniałe Zoo, w którym znów czekają na nas piękne tematyczne place zabaw, kawiarnie i restauracje, staw, po którym można pływać rowerami wodnymi, cyrk, małe wesołe miasteczko i zamek Vajdahunyad. 





Na terenie znajdują się też słynne termy Széchenyi. Musicie sobie jednak zdawać sprawę, że w wodach termalnych dzieci mogą przebywać maksymalnie 15 minut, więc trzeba to brać pod uwagę idąc do takiego miejsca. Teoretycznie dostępne są zwykłe baseny, ale przed wejściem z najmłodszymi warto zapytać jaka panuje w nich temperatura wody.

Żeby dostać się do parku najlepiej pojechać metrem i wysiąść na przystanku Hosok tere. Hosok tere, czyli Plac Bohaterów, jest największym i najważniejszym placem w Budapeszcie. Przy placu znajdują się muzea, a w jego centrum jest umieszczony imponujący Pomnik Tysiąclecia.






Jeśli już o pomnikach mowa to w Budapeszcie jest ich wiele i okazało się, że dla Lusi stanowiły ogromną atrakcję. Wdrapywała się wszędzie gdzie mogła, rozmawiała z  przedstawionymi na nich postaciami i odgrywała scenki :D










Teraz kilka słów o jedzeniu. 

Niestety nie trafiliśmy na wiele restauracji przyjaznych dzieciom, czyli takich z kącikiem dla najmłodszych i specjalnymi krzesełkami. Tak na prawdę widzieliśmy tylko dwie: Zeller Bistro i Ecke 22
Do pierwszej nie udało nam się wejść, jest na tyle popularna, że wymaga wcześniejszej rezerwacji. Jest to raczej droższa restauracja, ale wyglądała na prawdę zachęcająco i ma ładny kącik dla dzieci. 
Druga znajduje się w pobliżu Hosok tere. Trzeba zejść po schodach do piwnicy, ale opłaca się. Porcje ogromne (nie byliśmy w stanie ukończyć dania dla dwóch osób), jedzenie smaczne i jest kącik dla dzieci. Co prawda schowany za lodówką, dookoła rozwieszone płaszcze, a zabawki fantazyjnie wrzucone do jednej skrzynki, ale zajął Lusię na ponad godzinę ;)
Prawdopodobnie jest więcej miejsc przystosowanych dla dzieci, ale my na nie nie trafiliśmy.

Wspaniałą kawiarnię rodem z filmu Czekolada wyszukał dla mnie Marcin. Brakowało tylko Johnnego Deppa, ale jak się ma takiego fajnego męża to po co on komu ;) Aztek Choxolat jest prawdziwą perełką!
Piękne pralinki zdobią ladę, a od wejścia unosi się zapach czekolady. Tej pitnej możemy spróbować w wielu wariantach, także z chilli!
Prawdziwym hitem są stoliki, które na środku mają wgłębienie wypełnione kredą. Wasze pociechy mogą tworzyć na blacie kredowe dzieła popijając czekoladę z bitą śmietaną. Czy to nie brzmi jak cudowny sen? :)
Lokal jest malutki i aby go znaleźć trzeba wejść w bramę, ale Google Maps nas doprowadziły bezbłędnie.




Ostatni dzień naszego pobytu przypadał w niedzielę i dzięki temu załapaliśmy się na fenomenalne pożegnalne śniadanie. W Szimpla Kert co tydzień jest organizowany targ połączony ze śniadaniem "płacisz raz, jesz ile chcesz". 
Śniadanie kosztuje 5000 HUF za osobę (około 65 zł) i można wracać i pałaszować ile razy się chce w godzinach od 9 do 14. Pan z obsługi powiedział, że możemy brać ze sobą tyle ile damy radę unieść, więc można się zaopatrzyć również na dalsze zwiedzanie! Dzieci do 6 r.ż. jedzą za darmo, a do 12 r.ż. za pół ceny.
Nie zdziwcie się jeśli koło waszego stolika przespaceruje rzesza turystów robiących zdjęcia. Szimpla Kert jest bowiem pierwszym powstałym spośród tak zwanych ruinpubs. Są to bary założone w zrujnowanych kamienicach, głównie w dzielnicy żydowskiej. Kamienice stały opuszczone i niszczały przez wiele lat, aż zaczęto zamieniać je na puby. Nabywców zachęcał tani czynsz.
Wystrój jest niesamowity i o ile wieczorem raczej z dziećmi się tam nie wybierzemy, to poranny posiłek jest świetnym pretekstem do odwiedzenia tego miejsca.
Więcej o ruinpubs poczytacie tutaj.


















No i oczywiście będąc w Budapeszcie nie można odmówić dziecku kurtosz kołacza! Trafiliśmy na wiosenny festiwal i na każdym rogu czekały na nas budki z ogromną wersją tego przysmaku. Mniam!





No więc - czy było warto? Oczywiście! Zawsze warto zobaczyć coś nowego i przeżyć kolejną przygodę :) Ogrom poświęconej uwagi i wiedzy, którą Marcin przekazał Lusi na tym wyjeździe jest bezcenny <3

Do podróży z dziećmi trzeba się tylko nieco dokładniej przygotować niż do dorosłych eskapad - również psychicznie. Musicie być wyluzowani i przygotowani na to, że nie zobaczycie tyle co będąc sami. Dzieci potrzebują co jakiś czas możliwości rozładowania nadmiaru energii, a kiedy indziej chwili wyciszenia.
Pamiętajcie też o zabraniu kilku zabawek, które zapewnią wam trochę spokoju w restauracji czy kolejce po bilet. Dobrym pomysłem jest też własny plecaczek dla malucha. Lusia miała swój i była bardzo dumna, że ma to samo co rodzice :) Włóżcie do niego zabawkę, przekąskę, chusteczki i w drogę!



Na koniec UWAGA - Budapeszt jest niestety całkowicie niedostosowany do wózków!! Większość stacji metra nie ma wind (znaleźliśmy tylko jedną przy Dworcu Głównym), a budynki są zabytkowymi kamienicami i praktycznie wszędzie do wnętrz prowadzi przynajmniej kilka schodków. Więc jeśli macie malutkie dzieci to polecam chustę lub nosidło. Ja zakładałam, że przyda się tylko do wjazdu kolejką, a ostatecznie wszędzie zabieraliśmy Remika w ten sposób.



Przemieszczaliśmy się głównie metrem i tramwajem. Zaraz po przyjeździe kupiliśmy bilet na 72h na cały transport miejski i moim zdaniem to była bardzo dobra decyzja.



Wiecie co jest najlepsze? Łucja od powrotu nieustannie dopytuje "Mamo, kiedy znowu pojedziemy pociągiem?"...



Śledź nas na Instagramie!

Copyright © Zabawy Lotty